Co to takiego to samo-współczucie?


self-compassion plaster 1

To coś dla mnie!

– zdanie, które słyszę często, gdy opowiadam o self-compassion. Po ostatnim poście kilka osób poprosiło mnie o więcej informacji na ten temat, w związku z czym piszę dalej.

 

Zacznę od tego, co to właściwie jest self-compassion, czy też współczucie wobec samego siebie. Otóż self-compassion składa się z trzech elementów:

 

Pierwszy z nich to dobroć wobec samego siebie. Brzmi nieskomplikowanie, jednak jak poczuć tę dobroć, jeśli do tej pory traktowało się siebie wyłącznie z krytycyzmem? Jeżeli masz z tym trudności, wyobraź sobie osobę (lub nawet zwierzę), którą bardzo kochasz i której jesteś w stanie wybaczyć niedoskonałości. Przywołaj uczucie życzliwości wobec tej osoby. Zatrzymaj się na chwilę przy tym uczuciu. Być może nawet się uśmiechasz. To jest to. Teraz spróbuj skierować je w swoją stronę. I pamiętaj, nie chodzi tu o pobłażliwość, lecz o dobroć, życzliwość, ciepło, wyrozumiałość.

Kolejny element self-compassion to poczucie, że twoje cierpienie jest częścią większej całości – wpisuje się w cierpienie innych, być może zabrzmi to górnolotnie, ale wpisuje się w cierpienie człowieczeństwa. By nadać tej idei bardziej konkretną postać, pomyśl o grupach wsparcia np. dla osób poważnie chorych. Uczęszczanie do nich daje poczucie, że nie jest się samym w cierpieniu. Ta świadomość pomaga wielu osobom. Przynosi ona poczucie zrozumienia, a w self-compassion jest to zrozumienie dla nas samych.

Ostatnim składnikiem współczucia wobec samego siebie jest uważność, która jest nieoceniającym spojrzeniem na nasze cierpienia, niedostatki, problemy, nawet radości. To, że nie oceniamy siebie nie oznacza jednak bierności. Jest to taka lupa, która pomaga nam dostrzec to, co właśnie się w nas dzieje, bo przecież łatwo jest to przegapić. [1]

 

Jak to zastosować?

Wiesz już, co to jest self-compassion. To trochę tak, jakbyś przygotowała sobie opatrunek, który teraz przyłożysz do rany, jaką jest cierpienie. A cierpienie może być wywołane przez wiele różnych uczuć. Może to być wstyd, smutek, poczucie niesprawiedliwości… I pomyśl sobie, gdyby to, ktoś tobie bliski cierpiał, czy sposobem pomocy byłoby przysporzenie jeszcze więcej cierpienia? Jeśli np. twoja przyjaciółka nie zda ważnego egzaminu, mimo iż przygotowywała się do niego, czy powiesz jej, że jest nieudacznikiem? Czy powiesz jej wszystkie te rzeczy, które mówisz sobie? W tym świetle jakoś nie ma to sensu, prawda? A jednak tak siebie traktujemy.

W książce „Self-Compassion in Psychotherapy” [2] znalazłam świetny fragment, który pomaga mi wskoczyć na tory samo-współczucia, gdy tego potrzebuję, bo niestety, jak wielu z nas, nie przychodzi mi to naturalnie. Mój wewnętrzny wyśmiewacz nadal ma się dobrze. Otóż autor tej książki dostał kiedyś pewną radę od mnicha buddyjskiego. Miał on powiedzieć mu, że za każdym razem, gdy pojawi się w nas jakiekolwiek cierpienie, nawet jeśli jest małe czy subtelne, mamy zauważyć, że się pojawiło i wysłać mu współczucie. I właściwie, co nam szkodzi? Pamiętaj jednak, najpierw trzeba je wychwycić, skrzętnie skrywane pod „inni mają gorzej”, „nie użalaj się”, „boli mnie głowa, ale to nie ma nic wspólnego z moimi zmartwieniami, których przecież nie mam”. Zauważyć i wysłać współczucie.

Z czasem przedstawię więcej ćwiczeń pomocnych w rozwijaniu self-compassion. Stay tuned.

acknowledge your pain

 

[1] Neff, Kristin. Self-Compassion. Stop Beating Yourself Up and Leave Insecurity Behind. Hodder & Stoughton, 2011. oraz http://self-compassion.org/
[2] Desmond, Tim. Self-Compassion in Psychotherapy. W.W. Norton & Company, 2016.