Mój dziennik (nie)wdzięczności 2


dziennik wdziecznosci 1

 

Skończyłam czytać „The Gratitude Diaries” Janice Kaplan i poczułam się zainspirowana do podsumowania mojej historii z dziennikami wdzięczności, ale także do rozpoczęcia jej na nowo.

Zabawne, że znaczenie niektórych powszechnie używanych słów, poznajemy dopiero w dorosłości. Zanim natknęłam się na ideę kultywowania wdzięczności, oznaczała ona dla mnie głównie chęć powiedzenia „dziękuję” komuś za coś bieżącego. Owszem, gdybyś mnie wtedy zapytała, czy czuję się wdzięczna za moje zdrowie lub rodzinę, odpowiedziałabym, że tak… i na tym by się to pewnie zakończyło.

O celowym celebrowaniu (czy też praktykowaniu) wdzięczności dowiedziałam się kilka lat temu. Pomysł spodobał mi się głównie dlatego, że nie wymaga treningu, specjalnych umiejętności, nakładu pieniędzy, czasu i energii. Ponieważ jestem pesymistką defensywną (zanim ruszę do przodu, lubię oszacować, co w danej sytuacji może przydarzyć się najgorszego), a takie nastawienie wiąże się z ostrożnym podejściem do nowych pomysłów, rozumiesz więc, że nie mogłam całkiem bezkrytycznie zabrać się za prowadzenie dziennika. W moim odczuciu wdzięczność wpisywała się trochę w ultra optymistyczne nastawienie do życia – uśmiech na twarzy i nieuświadamiany płacz wewnątrz. Przeważająco pozytywne doświadczenia osób, które prowadziły dziennik oraz badania naukowe na temat wdzięczności zachęciły mnie jednak do spróbowania. Jeśli jesteś zainteresowana, wiele informacji znajdziesz tutaj.

Prowadząc dziennik kilka lat temu stwierdziłam, że terapię wdzięczności(ą) trzeba sobie odpowiednio dobrać, np. nie każdemu odpowiada forma dziennika. Niektórym może wydać się zbyt drobiazgowa i warto wtedy spróbować pisać rzadziej. Ja pamiętam, że czułam się dobrze z tą praktyką, choć codzienne wpisy wydawały mi się zbyt częste. Stopniowo wyszukiwanie spraw, za które mogę czuć się wdzięczna przychodziło mi naturalniej. Mimo efektów z czasem, prawdopodobnie trochę znudzona, pisałam coraz rzadziej, aż przestałam kontynuować dziennik w formie pisemnej, a wdzięczności powtarzałam sobie niekiedy w głowie. Napisałam też dwa listy wdzięczności do bliskich mi osób. Jedna ze wzruszniem mi podziękowała, a druga schowała list i nie odezwała się ani słowem na ten temat. Tak też może być.

Właściwie, gdyby nie fakt, że na mojej „liście książek do przeczytania” znalazły się „The Gratitude Diaries” pewnie nieprędko wróciłabym do systematycznego pisania dziennika. Mój osobisty eksperyment dał pozytywne efekty i bez wahania poleciłabym go innym, tym bardziej mogłam przecież skreślić książkę z listy, stwierdzając, że wiem wystarczająco dużo i zdobyłam już doświadczenie. Tak się nie stało. Idea najwidoczniej zapuściła we mnie korzenie, o czym miałam przekonać się później – bo wiesz, wtedy, gdy pisałam dziennik po raz pierwszy, życie było OK. Łatwo było wpisać codzienny wpis. Z czasem, gdy życie stało się trudniejsze (choroba osoby bliskiej), takie rzeczy, jak praktykowanie wdzięczności nie działały już na mnie tak samo. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy przyszła do mnie myśl, że jestem wdzięczna, że dane mi było przeżyć z kimś wiele lat. Ta myśl przyniosła ulgę, ale i ogromne wyrzuty sumienia, bo przecież skoro jestem wdzięczna za ten czas, to w myślach żegnam się z tą osobą… Potrzebowałam czasu by przekonać się, że tak nie jest i że to właściwie dojrzała i szczera myśl wskazująca na metamorfozę w moim spojrzeniu na życie. Istota wdzięczności.

Napiszę Ci teraz o samej książce. „The Gratitude Diaries” Janice Kaplan wywołały we mnie mieszane uczucia, ale… to nie jest ważne. Serio. Najważniejsze, że poczułam się zainspirowana do ponownego pisania dziennika i podsumowania moich dotychczasowych doświadczeń, a te bez względu na pewne sprzeczności są pozytywne. Tak, okazuje się, że wdzięczność wcale nie jest prosta. Autorka zgrabnie podzieliła swój projekt na wdzięczność wobec dzieci, męża, za zdrowie, finanse itd., co wydaje mi się bardzo fajną sprawą. Porządek musi być – a już zwłaszcza w uczuciach. Wdzięczność jest jednak bardziej skomplikowana i kilka wpisów do dziennika nie wymarze np. nieporozumień pomiędzy Tobą, a innymi, mimo, że może zmienić Twoje spojrzenie na wasze relacje. Nad problemami nadal trzeba pracować.

Zdarza się również, że w życiu dopodają nas tak ciężkie momenty, że na komentarz „posłuchaj śpiewu ptaków”, chcemy odpowiedzieć „w dupie mam śpiew ptaków”. I wtedy nie pomoże wdzięczność za capuccino z pianką. W tych chwilach trzeba pozwolić sobie na smutek, a nawet żałobę, bo to właśnie jest okazanie szacunku wobec naszego ciała, duszy i umysłu. Wdzięczności nie powinno się naciągać, bo podana zbyt wcześnie, może być zbyt dużym obciążeniem. Tej perspektywy zabrakło mi w książce.

Praktykowanie wdzięczności może być kłopotliwe z jeszcze jednego względu. Sprawia, że nie mamy ochoty współnarzekać, a osoby, z którymi do tej pory dobrze się rozumieliśmy, a które narzekać lubią, zaczynają nas denerwować. Dziennik wdzięczności nie dał mi anielskiej cierpliwości, ani perspektywy godnej Gandhiego, co nie od razu zrozumiałam. Nie spodziewałam się, że moje postanowienie przyczyni się do tego, że do niektórych znajomości będę musiała podejść inaczej, a inne nawet ograniczyć. Będąc wdzięczną, możesz wydać się sobie samej zarozumiała. I o tym ani słowa w książce.

Ech, pewnie Cię znięchęciłam i do wdzięczności i do książki… Głupio, naprawdę głupio z mojej strony, bo choć na pierwszy rzut oka możnaby powiedzieć, że wdzięczność niewdzięczna, to po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że ona zwyczajnie nie jest tak prosta, jak zapisywanie w dzienniku, że słońce pięknie świeci. Wymaga od nas więcej – więcej niż mnie się początkowo wydawało. Ale warto. Spróbuj. Gdyby nie książka, nie doszłabym do tego wniosku. „The Gratitude Diaries” mają jeszcze więcej walorów, ale ten post i tak jest już za długi. Tak powiedział mój mąż, który właśnie tędy przechodził. Racja.

  • Miniowe Szczescie

    Myslalam o takim pamietniku wdziecznosci, ale nigdy sie jakos nie zebralam do jego zakupu.
    Teraz za mna chodzi takie cos : http://aros.pl/ksiazka/moje-qa-3-letni-dziennik
    Co myslisz?
    Ja znowu w druga strone. Jestem wdzieczna za wszystko co mam z calego serca I przez to, ze boje sie , ze to utrace to moja psychika bardzo cierpi. I tak zle I tak niedobrze….

    • http://www.izrozumtusiebie.pl/ Ania | I zrozum tu siebie

      Miniu, po pierwsze dziękuję, że przebrnęłaś przez tak długi post… Tutaj muszę się uśmiechnąć, bo również myślałam o wdzięczności jako przypominaniu sobie tego, co możemy stracić i wiążącym się z tym smutkiem, ale zdecydowałam się już tego nie umieszczać ze względu na długość wpisu, a tu popatrz wywołałaś mnie do odpowiedzi i tak. Czasami mam podobnie, gdzieś tam wkrada się smutek, ale u mnie osobiście pozytywy pisania dziennika wdzięczności przeważają i doskonale rozumiem, że to jest sprawa indywidualna i trzeba to sobie wyważyć. Tutaj wstawię jeszcze link do postu po części na ten temat właśnie, zainspirowanego książkami Brené Brown http://www.izrozumtusiebie.pl/2016/04/radosc-od-podszewki/

      Niestety nie mogę się wypowiedzieć na temat dziennika, który chcesz kupić, bo go nie znam i nie wiem, jakie pytania są w nim zawarte. Mogę natomiast polecić Ci samo pisanie – pisanie ma terapeutyczną moc, ponieważ pomaga nam nadać nazwy uczuciom i poukładać sobie pewne sprawy. Ważne by nie przejmować się jego jakością, tzn. nie wywierać na sobie presji, że musimy pisać jak Gombrowicz, bo zdarza się, że nawet nie musimy tego, co zapisaliśmy, ponownie czytać. Sam akt pisania czy to odręcznie, w komputerze czy też nagrywania w formie audio już ma dużą moc. Powodzenia!